Uwielbiam historie pełne romantyzmu - opowieści, w których wielka namiętna miłość gotowa jest pokonać wszelkie przeciwności losu. Nie oznacza to jednak, że szukam go wszędzie, w każdej możliwej powieści i że to on w głównej mierze rzutuje na moją ocenę. Gdyby tak było sięgałabym tylko i wyłącznie po romanse, ewentualnie patchworkowe twory, w których miłość wciąż odgrywa główne skrzypce, ale gdzieś w tle mamy do czynienia z jakimś wątkiem kryminalnym/wydarzeniem historycznym. Czasami jednak nawet moja romantyczna dusza potrzebuje czegoś więcej. I właśnie to "więcej" otrzymuje w trakcie lektury "Córki piekarza".
Elsie Schmidt jest naiwną nastolatką, której myśli, mimo rozgrywającej się w tle wojny, zaprzątnięte są pierwszym pocałunkiem, balem czy kieliszkiem szampana. Jest to o tyle możliwe, że cała rodzina dziewczyny znajduje się pod opieką wysoko postawionego oficera SS - mężczyzny, który pragnie poślubić Elsie. Kiedy w wigilię Bożego Narodzenia na progu jej domu staje mały żydowski uciekinier, życie dziewczyny ulega jednak diametralnej zmianie. Sześćdziesiąt lat później w El Paso do cukierni "U Elsie" trafia Reba Adams. Praca nad świątecznym felietonem, nieoczekiwanie zbacza z obranego toru - staje się pretekstem do ożywienia, starej zapomnianej historii...
