Sięgnięcie po powieść holenderskiego pisarza - Hermana Kocha zajęło mi trochę więcej czasu niż chciałabym przyznać sama przed sobą. „Kolacja” wzbogaciła moją biblioteczkę w październiku 2015 roku, podczas wymiany książkowej organizowanej przez portal Lubimy czytać w ramach Targów Książki w Krakowie. Kierując się przynależnością tego tytułu do serii Gorzka czekolada, o której swego czasu nasłuchałam się sporo dobrego, zagarnęłam go razem z dwoma innymi pozycjami. Ostatecznie do lektury natchnęła mnie dopiero jedna z zagranicznych bookstagramowiczek lubująca się w thrillerach i kryminałach. Ale nie do końca tego oczekiwałam.
Nie wie jak to o mnie świadczy, ale nie spostrzegłam się, że w marcu do mojej biblioteczki dotarło tyle nowych tytułów. Od września zeszłego roku skrupulatnie zapisuje w arkuszu pozycje, które do mnie trafiły lub które zakupiłam i zaznaczam czy udało mi się je przeczytać. Chciałabym pod koniec roku zobaczyć czy nie przesadzam z gromadzeniem tak dużej ilości nowych pozycji, poza tym pomaga mi to zachować orientację w egzemplarzach recenzenckich. Postanowiłam wykorzystać tą nietypową jak na mnie skrupulatność i spróbować powrócić do publikowania comiesięcznych stosów, bo wiem jak cieszą one oczy. Początkowo miałam ograniczyć się jedynie do Facebookowego fanpage’a, ale osoby, które mnie tam obserwują i tak na bieżąco wiedzą jakie tytuły do mnie trafiają, a Wy kochani czytelnicy, być może którejś z tych pozycji nie kojarzycie jeszcze z moją osobą.
Kiedy powieść W. Bruce Camerona masowo atakowała niemal z każdego instagramowego konta poświęconego książkom a także z licznych blogów, nie byłam zainteresowana lekturą. Owszem, w życiu prywatnym jestem totalną psiarą i cała historia wydaje się napisana wręcz specjalnie pod moje upodobania, ale przeszkadzała mi ta nachalna akcja reklamowa w wirtualnej społeczności Książkoholików i chciałam chwilę odczekać przed czytaniem. Co zmieniło moje zdanie? Tak naprawdę kilka nakładających się na siebie czynników. Znowu uległam Biedronkowej promocji a na dodatek postanowiłam jednak wybrać się na seans ekranizacji „Był sobie pies”. I nie żałuję lektury.
Nie chciałam zwlekać zbyt długo z lekturą trzeciego - finalnego już tomu trylogii Grisza. Żeby nie zapomnieć ważnych dla fabuły informacji i bohaterów, ale przede wszystkim żeby nie stracić zainteresowania opowiadaną przez Leigh Bardugo historią. Jeśli uważnie śledzicie moją “literacką wędrówkę”, wiecie że „Szturm i grom” spodobał mi się o oczko mniej niż pierwszy tom trylogii a kolejne negatywne opinie dotyczące całej serii nie pomagały mi utrzymać uczucia ekscytacji, tak samo zresztą jak spoilery dotyczące wielkiego finału. Kiedy zamknęłam swój egzemplarz „Ruiny i rewolty” nie poczułam rozczarowania, ale nie rozumiem zachwytów nad całą serią za granicą.
Im więcej powieści New Adult czytam, tym bardziej dostrzegam trudności piętrzące się przed autorami historii tego gatunku. Przy mnogości podobnych pozycji muszą nadać własnej opowieści chociaż delikatny powiew świeżości; połączyć pasję i namiętność z nutą romantyzmu; i najlepiej zatroszczyć się o to by wątek romantyczny nie był jedynym elementem fabuły. Być może dlatego coraz trudniej jest mi znaleźć powieść, która w pełni sprosta moim oczekiwaniom. Historia Leisy Rayven posiada spory potencjał, ale, pomimo że lektura przyniosła mi ogrom emocji, oczekiwałam czegoś więcej.
Właściwie nie wiem dlaczego doszłam do wniosku, że twórczość Lucindy Rikey będzie zbliżona do tego co kryją w sobie powieści Kate Morton. Być może utkwiło mi gdzieś w pamięci, że historie spod jej pióra także przeplatają wątki z przeszłości z tymi, które są nam współczesne; a może zasugerowałam się szatą graficzną utrzymaną w podobnym klimacie. Bez względu na to jakim tropem podążył tym razem mój umysł, od jakiegoś czasu przymierzałam się już do lektury którejś z powieści Lucindy Riley. „Siedem sióstr” przekonało mnie spośród pozostałych tytułów zwłaszcza nawiązaniem do mitu o konstelacji Siedmiu sióstr, ale także zaskakująco pozytywnymi recenzjami zagranicznych czytelników.