Wspominałam już o tym przy okazji posta z najbardziej przeze mnie wyczekiwanymi premierami 2016 roku, ale na wszelki wypadek napomknę o tym jeszcze raz - cieszę się, że polska premiera “ósmej części” Harry’ego Pottera nie zbiegła się z tą światową. Pierwsze negatywne recenzje były dokładnie tym czego potrzebowałam - kubłem zimnej wody i nabraniem pewnego dystansu. To właśnie ów recenzje sprawiły, że moje oczekiwania zostały nieco obniżone i przyczyniły się do faktu, że pomimo wszystkich wad „Przeklętego dziecka”, potrafiłam czerpać przyjemność z lektury.
Fabuła scenariusza rozpoczyna się w momencie, gdzie kończy się epilog „Insygniów śmierci”, ale stosunkowo szybko przeskakuje w czasie. Osią fabularną pozostaje wątek młodszego syna Harry’ego - Albusa Severusa, który nie dość, że - o zgrozo! - trafia do Slytherinu, dodatkowo nie przejawia szczególnych zdolności i zaprzyjaźnia się z potomkiem Malfoy’a - Scorpiusem. Albus nie ma zbyt bliskich relacji z ojcem, padają między nimi gorzkie słowa i każdy czuje się niejako rozczarowany postawą tego drugiego. Kiedy nadarza się sposobność, Albus postanawia naprawic pewne błędy z przeszłości,
Nie uważam aby wydanie scenariusza do sztuki było decyzją błędną. Powiem więcej - biorąc pod uwagę, że „Przeklęte dziecko” wystawiane jest na razie jedynie w Anglii, jest to swego rodzaju ukłon w stronę wielbicieli Harry’ego z innych zakątków świata i być może jedyna szansa na to by powrócić do ukochanych bohaterów i świata. Lektura „Harry’ego Pottera i przeklętego dziecka” ma niesamowicie sentymentalny charakter i choćby dlatego warto sięgnąć po ów scenariusz. Poza tym, to nie jedyne atuty opowiedzianej historii.
Autorom scenariusza udało się idealnie wykreować pewne postacie - ze Scorpiusem Malfoy’em na czele, który od pierwszej chwili podbił moje serce. Przyjaźń między nim a Albusem ma w sobie coś wyjątkowego i nawet jeśli podskórnie czujemy, że ich relacja powinna obrać inny kierunek, szanuję decyzje autorów. Sama fabuła, osnuta wokół wątku podróży w czasie,zwłaszcza na początku (bo im dalej w las, tym gorzej) ma mocne punkty. Nie trudno też dostrzec, że opowiadana historia może jeszcze lepiej wypaść na deskach teatru.
Co tak naprawdę nie zagrało? O dziwo bohaterowie, którzy byli nam bliscy z pierwotnej historii. Dużo czytelników przywołuje tu postawę Harry’ego - ale choć się z tym zgadzam mnie zabolało zwłaszcza przedstawienie Rona, który w sztuce wydaje się być parodią swojego dawnego siebie. Pod tym względem pozytywnie wyróżnia się jedynie Draco Malfoy, którego przemiana wydaje się być najlepiej przedstawiona i wytłumaczona. Pojawia się też kilka wręcz niedorzecznych scen (np. podarunek kocyka), które w zamyśle miały chyba wzruszyć, a powodują jedynie zażenowanie czytelnika.
„Harry Potter i przeklęte dziecko” nie jest już tą samą historią, ale też nie powinniśmy tego oczekiwać. Autorzy zaoferowali nam krótki powrót do murów Hogwartu i pozwolili spędzić [dosłownie] kilka godzin z ukochanymi bohaterami. I ja jestem im za to wdzięczna. A jeśli należycie do cudownego pokolenia ludzi, którzy razem z Harry’m dorastali, nie rezygnowałabym z takiej szansy.
„Harry Potter i przeklęte dziecko” J. K. Rowling; wydawnictwo Media Rodzina; Poznań 2016 ★★★½
Pomimo tego, że wpisałam „Osobliwy dom pani Peregrine” już dawno na moją listę TBR, nie planowałam w najbliższym czasie sięgnąć po ów tytuł i nie przekonał mnie nawet trailer filmowej adaptacji. Zmieniłam swoją decyzję spontanicznie, przeglądając internetowy katalog lokalnej biblioteki i mając w pamięci piękne zdjęcia na bookstagramie z udziałem owej pozycji. Czy wiedziałam co mnie czeka? Tak naprawdę nie do końca, ale może to i lepiej - nie wiem czy sięgnęłabym wtedy po powieść Ransoma Riggsa,a trochę byłoby szkoda.
Jacob wychował się na opowieściach swego dziadka o osobliwych dzieciach, idyllicznym domu, w którym wychował się po ucieczce z Polski i walce z potworami. Kiedy chłopiec zaczął dojrzewać, poddał w wątpliwość prawdziwość wszystkich tych historii. Kiedy w tajemniczych okolicznościach ginie dziadek Jake’a, ten sam nie jest już pewien w co wierzyć. Razem ze swoim ojcem, ornitologiem o słomianym zapale, udaje się na wyspę z dziadkowych opowieści i odnajduje dom pani Peregrine.
„Osobliwy dom pani Peregrine”, wbrew temu co sugerują fotografie zamieszczone w powieści, nie jest horrorem dla młodzieży. Owszem, Ransom Riggs,buduje tajemniczy, budzący dreszczyk i mocno halloweenowy klimat, ale trudno mówić o poczuciu lęku czy grozy w trakcie lektury. Historii Jacoba dużo bliżej do powieści przygodowej niż horroru. Zwłaszcza, że niemal połowę lektury zajmuje bohaterowi i narratorowi dotarcie do domu pani Peregrine.
Powieść Ransoma Riggsa zdecydowanie wyróżnia się wśród innych powieści Young Adult. Autor doskonale radzi sobie z wykreowaniem osobliwców, a przeplatanie opowieści starymi, niezwykłymi fotografiami są jej dodatkowym atutem. Zaskakujące, ale pomimo że to druga część powieści dominuje w akcję, to właśnie początek przykuwa uwagę czytelnika i motywuje do dalszej lektury. Lekkie, barwne pióro Ransoma Riggsa niemal na samym wstępie wciąga w świat opowiadanej historii.
Niestety, na tle pozostałych bohaterów Jacob wypada blado - i trudno pozbyć się wrażenia, że z łatwością mógłby zostać podmieniony przez dowolną, inną postać. Owszem, niewykluczone, że z kolejnymi tomami Jacob nabierze koloru, ale póki co - zdecydowanie nie przykuwa on uwagi. Nie rozumiem po co autor wplatał do fabuły wątek romantyczny. „Osobliwy dom pani Peregrine” był już wystarczająco zajmującą lekturą, a, unikając spoilowania, ów potencjalny romans budzi raczej w czytelniku niesmak.
„Osobliwy dom pani Peregrine” to lektura, która idealnie wpasowuje się w jesienno-halloweenowy klimat. Ransom Riggs doskonale poradził sobie z tym by nadać swojej opowieści odpowiedni klimat a zamieszczone wewnątrz fotografie dodają całości smaczku. Owszem, było kilka elementów nad którymi należałoby popracować, ale już teraz lektura sprawiła mi dużo przyjemności. I dlatego nie waham się polecić ją dalej.
„Osobliwy dom pani Peregrine” Ransom Riggs; wydawnictwo Media Rodzina; Poznań 2012 ★★★½
Neil Gaiman jest tego rodzaju autorem, w którego twórczości bardzo chciałam się zakochać, ale jakoś nie wiedziałam jak do tego doprowadzić. Po lekturze „Oceanu na końcu drogi” byłam przekonana, że obrałam dobry kierunek, ale potem kilkakrotnie, bez powodzenia sięgałam po „Amerykańskich bogów” i nasz “literacki romans” zakończył się zanim tak naprawdę się zaczął. Pewnie długo jeszcze zwlekałabym z tym by powrócić do jego twórczości, gdyby nie impuls jaki poczułam w trakcie oglądania pierwszej edycji „Gry o Booktube” i fakt, że „Koralina” idealnie wpasowała się w kilka wyzwań wakacyjnego #7ReadUp. Ale dobrze się stało, że w końcu sięgnęłam po ową pozycje.
Koralina jest specyficznym dzieckiem - o oryginalnym poczuciu stylu i duszy badacza; ruchliwa i łaknąca uwagi otoczenia. W trakcie pewnego deszczowego popołudnia odkrywa, że jedne z czternastu drzwi w jej domu są zamknięte na klucz i niedostępne. Za nimi znajduje się jedynie ceglany mur - do czasu. Kiedy to Koralina otwiera drzwi przedostaje się do innego domu, który na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od jej własnego. Mieszkają w nim nawet podobni sąsiedzi i jej rodzice tyle, że z guzikami zamiast oczu. Wkrótce Koralina odkrywa jednak przerażającą prawdę o domie zza drzwi.
„Koralina” jest historią napisaną z myślą o dzieciach i momentami widać to w trakcie lektury. I nie chodzi nawet o prosty język, za jego pośrednictwem Neilowi Gaimanowi udaje się uchwycić kilka niesamowicie mądrych i trafnych spostrzeżeń, ale o samą postać Koraliny i to co sobą uosabia. Jej buńczuczność, ciekawość świata i pragnienie by w pewnych sytuacjach to jej potrzeby znajdowały się na pierwszym miejscu - Koralina myśli w taki sposób jak niemal każde dziecko w jej wieku.
Nie wyobrażam sobie jak przerażająca dla dziecka może być „Koralina”. Po pierwsze, Neil Gaiman niezwykle sugestywnie buduje fabułę w swojej powieści i bazuje na lęku, który w pewnym momencie odczuwał chyba każdy z nas - że przyjdzie moment, w którym będziemy zdani tylko na siebie, bez rodziców. Po drugie, autorowi udało się wydobyć strach nawet ze mnie - osoby, która już jakiś czas temu osiągnęła pełnoletność nie wspominając nawet ile minęło od okresu gdy przekroczyła po raz pierwszy próg “nastu” lat.
Neil Gaiman wie po prostu jak budować atmosferę w swoich powieściach. „Koralina” jest mroczna i momentami przerażająca a przy tym ma w sobie coś magicznego - baśniowy klimat, który autor wyczarował już w „Oceanie na końcu drogi”. Dodatkowo „Koralina” zachwyca bohaterami - nie wspominając już po raz kolejny o odważnej, nieustraszonej tytułowej postaci, wystarczy zerknąć na Kota. A wszystko to dodatkowo zwieńczone morałem - jak każda dobra powieść dla dzieci.
„Koralina” Neil Gaimna; wydawnictwo Mag; Warszawa 2009 ★★★★
"Jeżycjadę" poznałam dopiero będąc w gimnazjum. Nie wiem jak obecnie wygląda kanon lektur obowiązkowych, ale za moich czasów jedną z pozycji, z którą musieliśmy się zapoznać był właśnie "Opium w rosole". I od tamtej pory obdarzyłam "Jeżycjadę", a historię Genowefy i Kreski w szczególności, wielką, bezgraniczną miłością - najpierw nadrabiałam wszystkie tomy a potem czekałam z niecierpliwoscią na premierę "Sprężyny", "MacDusi" i "Wnuczki do orzechów" właśnie. Z tą różnicą, że po ostatnią z pozycji nie sięgnęłam od razu - być może zniechęcona coraz bardziej rozczarowanymi opiniami - i zainteresowałam się nią dopiero ostatnio, poszukując w zbiorach mojej lokalnej biblioteki czegoś ciekawego do lektury. Ale nawet wtedy trochę się obawiałam, że dołączę do grona rozczarowanych czytelników i często odkładałam lekturę na bok. Czy słusznie? Odpowiem trochę przewrotnie - i tak, i nie.
Ida Pałys z domu Borejko może i jest prawie pięćdziesięcioletnią mężatką, matką i stateczną panią doktor, ale w głębi pozostaje zwariowaną Idunią, za którą decyzje często podejmują emocje. Po wielkiej kłótni o nic, obrażona na męża i syna Ida opuszcza Jeżyce nie informując nikogo dokąd się wybiera. Na skutek niefortunnego wypadku kontuzjowana kobieta trafia do domu Doroty Rumianek - młodej dziewczyny, aspirująca do roli lekarki - a wkrótce dołącza do niej bratanek o złamanym przez MacDusię sercu - Ignacy Grzegorz Stryba. Ida bardzo chętnie przejęłaby rolę swatki tylko, że żadne z owej dwójki nie wydaje się zainteresowane takim obrotem spraw.
"Wnuczka do orzechów" odbiega nieco poziomem od "Jeżycjady", którą pokochałam i, niestety, nawet moje całkowicie oddane serii serce nie może tego zignorować. Małgorzata Musierowicz nabrała przykrego zwyczaju do natrętnego moralizatorstwa w swoich powieściach i postrzegania świata w czarno-białych kolorach, a we "Wnuczce do orzechów" staje się to jeszcze bardziej widoczne. Współczesne szkoły są złe bo nie zapewniają należytej edukacji; mięśniak spod sklepu żłopie piwo i nie ma za grosz oleju w głowie; rozwijające się miasto to zło wcielone i trzeba z niego prędko uciekać; a wieś to miejsce idealne, wręcz sakramentalizowane (a przy tym trochę jakby zacofane - bo telefony nie działają a do sklepu jeździ się powozem zaprzęgniętym w konie).
Widać, że Małgorzata Musierowicz spogląda na świat przedstawiony oczami nie bohaterów lecz swoimi - oczami człowieka starszego, który z sentymentem spogląda na dawny porządek świata. Jak bardzo nie "psioczyłabym" na "Wnuczkę do orzechów", tak nie mogę powiedzieć, że byłam niezadowolona z lektury, albo że podobała mi się średnio. W natłoku współczesnych powieści gdzie litrami leje się alkohol a z kolejnych stron atakują nas erotyczne sceny i wulgaryzmy, miło jest wrócić do Borejków choćby i na chwile. Gdzie nadal ceni się słowo pisane, pierwsza miłość rozkwita powoli a ta nieco starsza - jest troskliwie pielęgnowana.
Jest coś takiego w "Jeżycjadzie", że gdy ją otwieracie czujecie się dosłownie jak w drugim domu. I "Wnuczka do orzechów" też owo COŚ posiada - humor przepleciony z rodzinnym ciepłem. Poza tym tytuł ten wyjątkowo ujął mnie powrotem starszych bohaterów. Owszem, pierwsze skrzypce wyraźnie odgrywa Dorota Rumianek i młode pokolenie Borejków reprezentowane przez Ignacego i Józefa, ale pani Musierowicz daje nam wyraźny wgląd w życie całej rodziny - seniorów rodu, Gabrysi, Idy, Natalii i Pulpecji - od których przecież wszystko się zacząło. A scena próby porwania w rodzinie Pałysów jest moim absolutnym hitem "Wnuczki".
"Wnuczka do orzechów" nie jest powrotem starej Jeżycjady i jeśli należycie do grona czytelników, którzy już z poprzednich tomów nie czerpali ani grama przyjemności, może warto powiedzieć sobie stop. Ale nie nazwałabym też tej powieści złą. "Wnuczka do orzechów" jest może odrobinę moralizatorska i czarno-biała, ale posiada niesamowitą dawkę humoru połączoną z rodzinnym ciepłem - klimat nie do podrobienia, który potrafi stworzyć tylko Pani Musierowicz. I to dla tego klimatu sięgam ciągle po kolejne tomy a czasami także i te starsze, co i wam polecam.
"Wnuczka do orzechów" Małgorzata Musierowicz; wydawnictwo Akapit Press; Łódź 2014 ★★★★
Nie czytać serii o Percy'm Jacksonie to trochę jak nie znać przygód sławnego czarodzieja - zachowanie absolutnie karygodne, wymagające natychmiastowego sprostowania i nienadające się do wspominek w trakcie rozmów towarzyskich. A przynajmniej takie odniosłam wrażenie, gdy powoli wsiąkałam w świat książkowej blogosfery i booktube'a. Jak już jednak przyznałam w poście o 5 autorach, których twórczości nie znam, bardzo długo należałam do grona osób nie zaznajomionych z fenomenem Riordanowskiej rzeczywistości. To właśnie ten post dał mi zresztą swego rodzaju kopa do nadgonienia zaległości, I muszę przyznać, że strasznie żałuję, że nie nastąpiło to wcześniej - bo wiele przez te lata traciłam.
Percy Jackson jest chłopcem sprawiającym spore trudności wychowawcze - przenoszony z jednej szkoły do drugiej, ma problemy z odpowiednim zachowaniem i nauką. Tym razem jednak sprawy wyglądają jeszcze gorzej niż dotychczas - wydaleniu z placówki towarzyszą wydarzenia nie z tej ziemi - i to dosłownie. Percy Jackson musi szukać schronienia w Obozie dla Herosów - miejscu gdzie dzieci takie jak on szkolą swoje umiejętności walki i strategii; miejsce dla potomków greckich bogów, w którym obecność leśnych nimf, centaurów czy satyrów wydaje się na porządku dziennym. A gdyby niespodziewanych nowin było mało, okazuje się, że nad światem wisi groźba wojny najpotężniejszych bogów i że to właśnie w jego - Percy'ego rękach spoczywa odpowiedzialność czy do niej dojdzie.
Nie chciałabym porównywać ze sobą Harry'ego Pottera z Percy'm Jacksonem, bo książki te wiele od siebie różni, ale faktem jest, ze równocześnie mają ze sobą coś wspólnego. Mimo że skierowane głównie ku dzieciom/młodszej młodzieży, posiadają w sobie to COŚ co czaruje nawet z wiekiem. Rick Riordan nie sprawił, ze czułam się na zbyt starą w trakcie lektury, ale dokładnie tak jakbym znów była dzieckiem. I choć "Złodziej pioruna" ma w zanadrzu sporo do zaoferowania, to właśnie ten aspekt ujął mnie najbardziej i sprawił najmilsza niespodziankę. Język jakim manewruje Riordan nie jest zbyt skomplikowany, ale nie razi prostotą i banalnością. To język którym posługuje się młody, ale świadomy otaczającego świata i inteligentny nastolatek, na dodatek obdarzony sporym poczuciem humoru.
Słynny Riordanowskich humor rzeczywiście ujmuje, wywołując nie delikatny uśmieszek, ale uśmiech od ucha do ucha, a niekiedy wręcz głośny wybuch radości. Komizm językowy, ale przede wszystkim sytuacyjny. Absurd goni tutaj absurd, ale w trakcie lektury wszystko wydaje się tak prawdziwe jakbyście doświadczali tych wydarzeń na własnej skórze. Rick Riordan fantastycznie wplata w znane realia , świat greckich bogów ii wydarzeń, nadając znanym imionom i nazwom nowe, bardziej współczesne oblicze. Oblicze, które zdecydowanie łatwiej się przyswaja co prowadzi do jednej z najważniejszych atutów twórczości autora - bez wątpienia ma ona nie tylko walor rozrywkowy, ale i edukacyjny.
Lekkość i szybkość z jaką przychodzi lektura ma jednak źródło nie tylko w języku jakim posługuje się Rick Riordan, ale też jego niebywałej wyobraźni. "Złodziej pioruna" to ciągła akcja i przygoda, które ceni chyba każde dziecko - nawet jeśli tylko duchem - i to małe i to duże. A w połączeniu z niezwykłymi bohaterami tworzy to mieszankę wybuchową. Uwagę przykuwają zwłaszcza nieco oswojeni, nieco bardziej ludzcy bogowie i mityczne stworzenia, jednak duet Percy&Annabeth w niczym im nie ustępuje. To postanie, z którymi łatwo się utożsamić, mimo ponadludzkiego pochodzenia - ujmujący odwagą i sprytem, ale także, jakże nam bliskimi, słabościami.
"Złodziej pioruna" to idealny wstęp do wspaniałej przygody. Rick Riordan kreuje przed nami niezwykle pociągającą wizję świata, w którym w realną rzeczywistość wplatają się mitologiczne wierzenia. Jak w każdej dobrej literaturze dla dzieci, tak i tutaj przygoda i akcja stanowią tło dla rodzącej się przyjaźni i niebywałej odwagi. Ale "Złodziej pioruna" to lektura nie tylko dla młodszych odbiorców. Jestem pewna, że fabuła i Riordanowski humor mogą podbić niejedno, nawet odrobinę zgrzybiałe serducho. Czasami cholernie dobrze jest na chwile znowu poczuć się jak dziecko.
"Złodziej pioruna", Rick Riordan ; wydawnictwo Galeria Książki ; Kraków 2009 ★★★★½
Książki czytam dla własnej przyjemności i dlatego często przedkładam tytuły czysto rozrywkowe ponad klasyki. Nie zmienia to jednak faktu, że niezwykle cenię sobie takie powieści, które zmieniają coś w moim spojrzeniu na świat i uczą mnie czegoś nowego. Nie spodziewałam się, że do właśnie takich tytułów zaliczać się będzie "Wonder", czyli "Cud chłopak", ale tak było. Bo ta książka naprawdę otworzyła mi oczy na pewne aspekty.
Augustus Pullman to normalny chłopiec. Jak każdy dzieciak w wieku 10 lat ma swoje "ciężkie dni". Kocha swoich rodziców i siostrę, ale nie przeszkadza mu to w tym by ich zranić. Uwielbia się bawić, ale czasami towarzyszem jego zabaw jest jedynie suczka Daisy. Ma małą obsesję na punkcie gwiezdnych wojen. I naprawdę, ale to naprawdę z wszystkich dni w roku najbardziej zawsze nie może się doczekać Halloween. Auggie to normalny chłopiec. Od rówieśników różni go jedynie wygląd.
Niefortunne połączenie genów sprawiło, że twarz chłopca jest wyraźnie zdeformowana. Dziesiątki operacji nie dały wystarczającego rezultatu. Twarz Auggiego wciąż budzi zdziwienie, szok, obrzydzenie a niekiedy nawet i agresje u innych ludzi. By uniknąć nieprzyjemnych sytuacji, Auggie pobierał edukację w domu. Wiedza jaką posiada jego matka nie wydaje się jednak dłużej wystarczająca. Rodzice Auggiego podejmują trudną dla chłopca, ale i dla siebie samych decyzję by wysłać go do szkoły. To całkowicie wywraca jego życie do góry nogami.
"Cud chłopak" przedstawia historię jednego roku szkolnego, opowiedzianego z perspektywy kilku bohaterów. Owszem, Auggie bierze na swoje małe barki większość odpowiedzialności za relacjonowanie wydarzeń, ale czasami oddaje głos innemu bohaterowi. Dzięki temu nie tylko naprawdę mamy okazję zobaczyć Auggiego oczami innego człowieka, ale także zrozumieć motywy jego zachowania. Coś czego Auggie, a przez to i czytelnik, nie miał szans poznać w odpowiednim momencie.
Dzieci, w swej postaci niczym niewinny aniołek, potrafią być okrutne i R. J. Palacio nie boi się tego pokazać. życie Auggiego nie jest proste - ani z początku, ani też na końcu i autorka nawet przez chwilę nie stara się tego ukryć. Wbrew moim obawom wcale nie jest tak, że najpierw wszystko wydaje się iść źle, a potem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko układa się doskonale. Choć to powieść dla dzieci i młodzieży, nie brak w niej pod tym względem realizmu. R. J. Palacio pokazuje, że życie nie jest idealną bajką, ale że nigdy nie jest tak źle by nie można było wszystkiego naprawić; że czasami musimy zaakceptować, że jest po prostu OK i nie czekać by było lepiej.
"Cud chłopak" porusza jednak nie tylko temat choroby, choć oczywiście to on odgrywa najważniejszą rolę. R. J. pokazuje swoim czytelnikom wszystko - psychiczną udrękę Auggiego; rodziców rozpaczliwie walczących o lepsze jutro dla swego dziecka, świadomych, że może ono nie nadejść; odrzuconą w cień Olivię, która kocha swego brata, ale sama marzy o uwadze innych; a także wspaniałych pedagogów, którzy starają się uczyć swych podopiecznych nie tylko wiedzy, ale i życia.
"Cud chłopak" to historia stworzona z myślą o młodszych czytelnikach, o czym świadczy nie tylko wiek głównego bohatera, ale i prosty, zwięzły język autorki. Nie szufladkowałabym jednak tej historii. R. J. Palacio zamknęła w owej opowieści wiele uniwersalnych mądrości, które powinno się docenić w każdym wieku. Pokazała, że czasami obojętność potrafi sprawić tyle samo bólu co agresja; że skoro uważamy się za ludzi tolerancyjnych, powinniśmy tą tolerancję jakoś okazywać; i że każdy, ale to każdy, powinien mieć szansę na bycie normalnym.
R. J. nie powiedziała tak naprawdę nic nowego, ale przypomniała swoim czytelnikom coś o czym nigdy nie powinni zapomnieć. "cud chłopak" to lektura obowiązkowa dla dzieciaka, nastolatka, ale też i dorosłego. Auggie daje prawdziwą lekcję tolerancji, na którą nigdy nie jest ani za wcześnie, ani za późno. A skoro wydano już ową powieść w Polsce to nie macie żadnej wymówki by po nią nie sięgnąć.
Co prawda mój wiek jakiś
czas temu przekroczył już granicę dzieciństwa, mimo to wciąż
wychodzę z założenia, że nie ma lepszych i bardziej radosnych
książek niż tych powstałych z myślą o młodszych odbiorcach. To
dlatego co jakiś czas wciąż wracam do literatury typowo dziecięcej
i, mimo upływu lat, czerpię z niej tyle samo radości i ciepła.
Tym razem udało mi się zapoznać z drugą częścią przygód
rodziny Pompadauz, która, mimo nieznajomości poprzedniej części,
okazała się doprawdy idealną lekturą.
W trakcie burzy, na
skutek przedziwnej karuzeli, mieszkańcy hotelu „Piękne czasy”
wraz z całym budynkiem przenieśli się o 99 lat w przyszłość -
z roku 1912 wprost do 2011. Miasteczko Rippelpolde przeszło
nadzwyczajną zmianę. Miasto cesarstwa obecnie stało się
kiełbasianym imperium rodziny Sennip, na dodatek wszędzie można
dostrzec oznaki zaawansowanej cywilizacji – komputery, telefony,
nowy styl ubierania. Bohaterowie nie potrafią się odnaleźć w
nowej rzeczywistości i pragną jak najszybciej powrócić do domu.
Niestety, nie jest to wcale takie proste.
Gwarantem podróży jest
część słonecznego medalionu. Niestety, ten znajduje się w
posiadaniu upartej staruszki. Pomysłów na odzyskanie medalionu jest
tyle ile mieszkańców hotelu, a może i więcej. Staruszka wydaje
się jednak niewzruszona. Gdyby tego było mało, dodatkowe
zagrożenie stanowi właścicielka muzeum pani Havesuch. Kobieta
dostrzega nadzwyczajność mieszkańców hotelu i knuje szatański
plan, którego celem jest dojście do sławy. Czy jej się uda? I
czy mieszkańcy hotelu szczęśliwie wrócą do domu?
Franziska Gehm stworzyła
naprawdę fantastyczną serię dla młodszych czytelników. Co prawda
nie ma w sobie tyle magii i baśniowości, co poniektóre pozycje,
ale humor i język jakim posługuje się autorka w zupełności to
rekompensują. Sam pomysł nie jest może czymś niezwykle
oryginalnym, ale w połączeniu z naprawdę dobrym warsztatem,
zyskuje w oczach czytelników.
Bohaterowie, których
poznajemy na kartach powieści, to plejada doprawdy znakomitych
charakterów. Autorka wykonała kawał dobrej roboty, troszcząc się
o to by każdy prezentował zgoła odmienne usposobienie i by na to
pozostawał w pamięci czytelnika. To właśnie bohaterowie są
gwarantem śmiesznych sytuacji, wprowadzając tym samym do historii
odrobinę komizmu.
Nie wątpię, że
czytanie serii w odpowiedniej kolejności przynosi jeszcze więcej
radości i zadowolenia. Wbrew pozorom, nie jest to jednak konieczne.
Franziska Gehm zadbała o to by czytelnik nieznający poprzednich
przygód rodziny Pompadauz nie czuł się zagubiony. Przed właściwą
historią przedstawia krótkie streszczenie najważniejszych
wydarzeń, a potem bez przeszkód przechodzi już do płynnej
opowieści.
Wartość książek dla
dzieci stanowi jednak nie tylko sama historia, ale i jej wydanie. I
pod tym względem wydawnictwo Dreams spisało się doskonale. Książka
oprawiona jest w twardą, błyszczącą i kolorową okładkę, która
przykuwa wzrok. A czcionka jest duża i wyraźna w sam raz dla
malucha , który sam bierze się już za lekturę. Nie sposób tutaj
jeszcze nie wspomnieć o obrazkach wewnątrz, które stanowią
doskonałe dopełnienie całości.
„Rodzina Pompadauz.
Bardzo wredna pułapka” to historia doskonała dla tych
czytelników, którzy potrzebują odrobiny radości – nie tylko dla
tych młodszych milusińskich. Franziska Gehm zafunduje wam parę
godzin zabawy, w doborowym towarzystwie – gwarantuję wam to.
TYTUŁ: Dwa serca do płaczu
AUTOR: Milena Trziszka
WYDAWNICTWO: Skrzat
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Kraków 2011
Wszystko wskazywało na to, że powieść Mileny Trziszki nie jest historią dla mnie. Po pierwsze, skierowana jest ona do młodszej młodzieży, a do tej grupy już się nie zaliczam. Po drugie, nie przepadam za tego typu opowieściami. A jednak na przekór temu wszystkiemu "Dwa serca do płaczu" przypadły mi do gustu. Bo tym razem nie stykamy się z kolejną historią o pierwszej, nastoletniej miłości, ale z powieścią traktującą o prawdziwych problemach młodzieży.
Weronika ma trzynaście lat i poczucie, że stałą się kimś zbędnym. By poradzić sobie z przeszkodami, które rzuca jej pod nogi los i przeżyć jakoś nadchodzący rok - zakłada bloga. To właśnie w tym miejscu dziewczyna dzieli się z anonimowymi czytelnikami swoimi problemami. A tych, wbrew pozorom, wcale nie jest tak mało.
Mama Weroniki wyemigrowała za granicę, a teraz nieszczególnie wykazuje chęć powrotu do domu. Tymczasem ojciec dziewczynki całe dnie wydaje się być zaaferowany swoją pracą - wychowawcy w ośrodku dla trudnej młodzieży. Gdyby mało było jej własnych problemów, Weronika wspiera swoją przyjaciółkę podczas kastingów i pomaga innej znajomej odzyskać chłopaka. No i jest jeszcze Zielonooki Bandyta - chłopak, którego pojawienie się komplikuje całą sytuację. Bo Wiktoria nie uwzględniła miejsca na miłość w pechowym, trzynastym roku swojego życia.
"Dwa serca do płaczu" to historia momentami smutna, a momentami szczęśliwa; historia która angażuje czytelnika i która porusza bardzo aktualną problematykę. Mile Trziszka przedstawia całą opowieść za pomocą blogowych postów. Jako że ich rzekomą autorką jest trzynastolatka, styl jakim posługuje się autorka jest prosty, niemal lakoniczny i pełen potocyzmów. Odnoszę jednak wrażenie, że właśnie dzięki temu cała historia staje się bardziej przekonującą i trafia do szerszego grona nastolatków.
To jednak aktualność poruszanej przez autorkę problematyki trafiła do mnie najbardziej. Pani Milena Trziszka w swojej powieści dokonuje przeglądu wszelkich problemów współczesnych nastolatek. I tak dużo miejsca poświęca na emigracje jednego z rodziców i tego jak wpływa ona na życie całej rodziny, a także mówi o samotności nastolatków. Nastolatków, którzy nie potrafią znaleźć przyjaciół wśród swoich rówieśników i którzy zwracają całe swoje zainteresowanie na relacje przez internet.
"Dwa serca do płaczu" są lekturą pouczającą może nie nie tyle dla nastolatków co dla ich rodziców. To właśnie historie takie jak te otwierają oczy na to, że problemy młodych ludzi nie zawsze są błahe i nieistotne; że zdarzają się takie sytuacje, w których nastolatkowie przeżywają prawdziwe dramaty i zostają pozostawieni z nimi sami, Milena Trziszka doskonale oddała to co może dziać się w głowie dorastającej osoby - widać, że autorka zna i rozumie ich psychikę.
Powieść Mileny Trziszki "Dwa serca do płaczu" to historia skierowana do nieco młodszego czytelnika. Jedni mogą się utożsamić z bohaterami, drudzy - docenić to jak wiele posiadają w swoim życiu. Tak jak już jednak wspomniałam, to również wartościowa lektura dla tych, którzy z nastolatkami stykają się na co dzień - ich rodziców, starszego rodzeństwa. Zarówno im jak i młodszym czytelnikom historię Weroniki polecam i namawiam do lektury.
4/5
TYTUŁ: Szmaragdowy atlas. Księgi początku TYTUŁ ORYGINAŁU: The Emerald Atlas AUTOR: John Stephens
WYDAWNICTWO: Bukowy Las
John Stephens to amerykański autor, który przez dziesięć lat pracował dla telewizji. Był producentem wykonawczym serialu Plotkara a także scenarzystą kultowych seriali jak choćby Kochane kłopoty czy Życie na fali. Ukończył studia pisarskie na wydziale artystycznym Uniwersytetu Wirginii. Na co dzień mieszka w Los Angeles z żoną i psem o imieniu Bug. W wolnych chwilach pracuje nad kolejnymi tomami Ksiąg Początku.
Okres Bożego Narodzenia to bez wątpienia czas magiczny. Czas, w którym na pierwszy plan wysuwają się miłość, rodzina i bezpieczeństwo a nawet największe problemy wydają się być łatwiejsze do pokonania. Czas, kiedy marzenia wydają się znajdować w zasięgu naszej ręki. I w końcu czas, który przywodzi na myśl beztroskie lata dzieciństwa. Nie dla wszystkich jednak noc wigilijna, a co za tym idzie i cały okres świąteczny, stanowi źródło radości. To właśnie wówczas bowiem starannie skrywane uczucia wydobywają sie na światło dzienne. Wówczas samotność i poczucie straty staje się niemal nie do zniesienia.
Nic nie wskazywało na to, że wkrótce wydarzy się coś szczególnego. To była wigilia jak każda inna - pełna śmiechu, nadzieji i miłości. Czy Kate mogła przypuszczać, że jest ona tą ostatnią? Nie. A jednak właśnie tak się stało. Trójka rodzeństwa zostaje obudzona w środku nocy i rozdzielona od swoich rodziców. Dziesięć lat później wędrówka Kate, Michaela i Emmy wciąż trwa. Trójka rodzeństwa nieustannie przemieszcza się między jednym, a drugim sierocińcem, nie zaznając czułości, miłości, ani bliskości tak ważnej w życiu każdego dziecka. Bez nazwiska i perspektyw na przyszłość, nie przestają jednak wierzyć w to, że ich rodzice wciąż żyją i prędzej czy później (choć oczywiście lepiej byłoby prędzej) zabiorą ich z powrotem do domu.
Kiedy kolejny potencjalny rodzic rezygnuje z adopcji trójki dzieci, Kate, Micheal i Emma zostają odesłani do "miejsca ostatniej szansy". Cambridge Falls to owiane mrokiem i tajemnicą miasteczko, o którym nie słyszeli nawet okoliczni mieszkańcy. Prowadzony przez ekscentrycznego doktora sierociniec znacznie różni się od znanych rodzeństwu miejsc. Fakt, że oprócz nich nie ma tam żadnego dziecka stanowi akurat najmniejszy problem. Kate, Michael i Emma znajdują bowiem na terenie posiadłości magiczną książkę, która przenosi ich do Cambridge Falls sprzed kilkunastu lat. Książkę, która stanowi obiekt pożądania wielu osób i wreszcie książkę, która może się okazać nicią łączącą ich z rodzicami...
Osierocona albo opuszczone przez rodziców rodzeństwo (lub też jedynak) stanowi pewien powtarzający się w literaturze dziecięcej i młodzieżowej motyw. To właśnie na jego podstawie powstały takie bestsellerowe cykle jak choćby Harry Potter czy Opowieści z Narni. Pan Stephens również sięga po owy sprawdzony pomysł. Kreuje więc bohaterów znajdujących się z dala od swoich rodziców, którzy nieoczekiwanie udają się do tajemniczego, odległego miejsca i tam po raz pierwszy stykają się z magią. Oczywiście wraz z rozwojem fabuły okazują się oni wybrańcami i wplątują w pełną zawirowań i niebezpieczeństw przygodę, której ceną może być nie tylko życie ich, ale również innych.
Tak, bez wątpienia historia, którą stworzył pan Stephens oparta jest na pewnych schematach, tyle że, o dziwo!, doprawdy trudno zarzucić jej przy tym schematyczność czy przewidywalność. Świat, który kreuje pan Stephens odbiega znacznie od tego, który znamy już z innych lektur. Niesie ze sobą świeżość i lekkość. Przede wszystkim stykamy się z zatarciem granicy między światem rzeczywistym a tym fantastycznym. Autor w subtelny sposób przeplata je ze sobą. Ludzie żyją obok krasnoludów i czarodziei. Nikogo nie dziwią pojawiające się w okolicy inne magiczne istoty. A zaczarowana księga wydaje się być stałym elementem ich codzienności. Fabuła "Szmaragdowego atlasu" skupia się jednak nie tylko wokół wątków fantastycznych. Zagłębiając się w lekturę doprawdy trudno nie dostrzec wartości, które nobilituje autor. John Stephens udowodnił, że książka przygodowa również może uczyć
odpowiedniego spojrzenia na świat. Przyjaźń, za którą warto oddać własne życie i braterska miłość jako najsilniejsze uczucie to tylko jedne z nielicznych wartości, które przedstawia autor.
Kate, Michael i Emma tak naprawdę niczym nie różnią się od swoich rówieśników. Jak każde szanujące się rodzeństwo od czasu do czasu najchętniej pozbawiliby się nawzajem życia, nieustannie się kłócą no i oczywiście za cenę szczęścia i bezpieczeństwa drugiej osoby, gotowi byiby zapłacić najwyższą cenę. Pan John Stephens poradził sobie z nakreśleniem trzech, zupełnie różnych od siebie charakterów, które jednak zespala ze sobą pewna cecha wspólna. Emma to drobna osóbka o wielkiej sile. Jej charyzma, zawziętość i odwaga, a także oddanie przyjaciołom stanowią niewątpliwy wzór do naśladowania. Michael to z kolei chłopiec, która siła objawia się w intelekcie. Obdarzony wyjątkowym umysłem, odpowiedzialny i \bystry, a równocześnie nieco zagubiony w całej tej sytuacji. I wreszcie Kate - najstarsza i przy tym najodpowiedzialniejsza osóbka, na której barkach spoczywa doprawdy zbyt wiele trosk. W trakcie lektury, niemal niemożliwe jest nie zapałanie sympatią do owych postaci.
John Steohens stosuje w swojej powieści narracje trzecioosobową jednak swą uwagę skupia głównie wokół Kate. Jak dowiadujemy się w trakcie lektury, zabieg ten nie jest przypadkowy. Z tego co udało mi się wydedukować kolejne części serii poświęcone będą (w większej mierze) pozostałemu rodzeństwu. Język, którym posługuje się John Steohens jest lekki i nieco żartobliwy, charakterystyczny dla powieści skierowanych ku młodszej młodzieży. Niewątpliwie to właśnie on w sporej mierze przyczynia się do tego, iż "Szmaragdowy atlas" czyta się szybko i z niekłamaną przyjemnością.
"Szmaragdowy atlas" to fascynująca opowieść o tym jakie niespodzianki niesie ze sobą los. Wydawnictwo Bukowy Las po raz kolejny prezentuje historię pełną uroku i płynącego z niej morału. John Stephens, który do tej pory zachwycał nas swoimi propozycjami na mały ekran, sprawdził się również w roli powieściopisarza. Interesujące, plastyczne portrety bohaterów, lekki, żartobliwy styl a także pełna napięcia i fantazji fabuła zapewniają czytelnikowi kilka godzin doskonałej zabawy. I chociaż powieść ta skierowana jest raczej ku nieco młodszemu odbiorcy, powinna również przypaść do gustu tym, którzy dawno mają za sobą lata szkolnej beztroski.
Ocena: 7,5/10
Za możliwość przeżycia niezapomnianych przygód u boku rodzeństwa P. serdecznie dziękuję wydawnictwu Bukowy Las
Przy okazji serdecznie zapraszam Was na blog założony przez moją kochaną Monę, z którą mam przyjemność współpracować. Trochę o modzie, gotowaniu, filmach, muzyce no i oczywiście o książkach ;)
TYTUŁ: Mój pies jest najlepszym psem na świecie TYTUŁ ORYGINAŁU: My Dog's the World's Best Dog AUTOR: Suzy Becker
WYDAWNICTWO: WAB
Suzy Becker to amerykańska pisarka, rysowniczka, nauczycielka, działczka społeczna, a także - bizneswomen. Jest pomysłodawczynią pierwszego w USA charytatywnego maratonu rowerowego, z którego dochód przeznaczony został dla chorych na AIDS. Wydała już m.in. światowy bestseller "To co warto wiedzieć wiem od swojego kota", pamiętnik oraz kilka książek dla dzieci. Wylie, to kochana, choć nieco niesforna suczka, nieustannie zabiegająca o uwagę swojej właścicielki. Od chwili, w której wkracza w życie Suzy, wciąż wystawia jej cierpliwość na próbę. Mimo upływu czasu i staraniom, temperametr Wylie nie ulega bowiem zmianie. Suzy nieustannie jest zmuszana wybaczać suczce pożeranie jej kart kredytowych czy niszczenie przedmiotów codziennego użytku. Obecność Wylie uczy jednak kobietę czegoś jeszcze - docenienia prezentu w postaci starożytnej kolby kukurydzy prosto z kosza na śmieci i dostrzeżenia, że nawet najprostsze rzeczy mogą nieść z sobą radość. Pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Jest obok zawsze, kiedy tego potrzebujesz - w chwilach radości i smutku, sprawiając, że nawet największe trudnosci wydają się być łatwiejsze do zniesienia. Gdyby tego było mało, nigdy nie zarzuci ci zdrady, nie wypomni, że spędzasz z nim za mało czasu i nie poskarży się, kiedy zapomnisz o jego urodzinach. Nie raz rozbawi do łez, może czasami przyprawi o ból głowy, ale nigdy celowo! Jego miłość jest szczera , bezinteresowna i, w przeciwieństwie do tej ludzkiej, nigdy nie wygasa. Każdy szczęśliwy posiadacz psa z pewnością się ze mną zgodzi - nikt nigdy nie zaofiaruje przyjaźni piękniejszej od tej, którą dają nam zwierzęta. Suzy Becker, autorka historyjki "Mój pies jest najlepszym psem na świecie", wydaje się potwierdzać ową teorię. Na kilkunastu kartkach w humorystyczny, pełen ciepła i uroku sposób przedstawia nam życie Wylie - swojej nieco niesfornej suczki. Mamy okazję poznać historię ich przyjaźni od podszewki czyli od czasów w którym Wylie była jedynie maleńkim, uroczym i pełnym niewinności szczeniakiem. Czytamy więc o próbach wpojenia podstawowych zasad dobrego wychowania, o chwilach, w których cierpliwość stawała się pojęciem czysto abstrakcyjnym i o szczęściu, które nieoczekiwanie wkradło się w życie Suzy Becker.
Żeby jednak było ciekawiej "Mój pies jest najlepszym psem na świecie" nie jest powieścią napisaną prozą. To raczej króka historyjka wyrażona głównie poprzez chwytliwe zdania i hasła oraz zabawne, kolorowe ilustracje. Suzy Becker, która z zawodu jest przecież rysowniczką, miała doskonałą okazję na to żeby pokazać światu swój talent. I choć zaprezentowanym ilustracjom brakuje nieco do ideału, trudno powstrzymać uśmiech, kiedy przegląda się historyjkę Wylie. A skoro taki właśnie miał być przekaz, jak mogę mieć coś do zarzucenia. Warto również zwrócić uwagę na ciekawy sposób przedstawienia historii. Suzy Becker najpierw skupia się na minusach, z którymi musi się liczyć każdy właściciel czworonoga (choć nigdy nie wyraża swoich myśli wprost. Wyciągnięcie na światło dzienne owych wad pozostawia czytelnikowi), a dopiero na samym końcu opisuje psie zalety. Owy zabieg zaciera w naszej świadomości wszelkie niedociągnięcia wiążące się z posiadaniem psa i wydaje mi się, że doskonale odzwierciedla rzeczywistość. Bo czyż nie jest tak, że w obliczu korzyści wszystkie drobne wady przestają mieć znaczenie? "Mój pies jest najlepszym psem na świecie" to idealna pozycja dla każdego wielbiciela czworonogów o mokrych noskach i merdających ogonach. I choć Suzy Becker nie przekonała mnie, że to właśnie Wylie jest nalepszym psem na świecie (bowiem niezmiennie pozostaję w przekonaniu, że podobny tytuł należy się mojemu czworonogowi), osobiście spędziłam doskonale czas przy przeglądaniu tej wprawdzie krótkiej, ale za to uroczej historyjki.
Za egzemplarz dziękuję księgarni Matras.
TYTUŁ:Marchewka z groszkiem AUTOR: Aleksandra Woldańska-Płocińska
WYDAWNICTWO: Czerwony Konik
Aleksandra Woldańska-Płocińska studiuje projektowanie graficzne w ASP w Poznaniu. W wolnym czasie zajmuje się przede wszystkim projektowaniem ilustracji i plakatów. W 2007 roku udało jej się otrzymać licencjat za serię plakatów na temat dni świątecznych. Na dzień dzisiejszy współpracuje jako ilustrator m. in z Wysokimi Obcasami, Gagą i Exklusivem. "Marchewka z groszkiem" nie jest jej pierwszym spotkaniem z literaturą dziecięcą. Nakładem wydawnictwa Czerwony Konik ukazała się również bowiem poprzednia książka polskiej autorki - "Pierwsze urodziny prosiaczka".
Sielankowy spokój na jednej z grządek burzy nagłe pojawienie Potwora. Zaaferowane warzywa postanawiają zbadać zaistniałą sytuację, obawiając się wtargnięcia na ich terytorium Wegetarianina. Wszczęty alarm okazuje się jednak bezpodstawny - tajemniczy Potwór to w rzeczywistości Warzywa z Zamorskich Plantacji, które zagubiły się w trakcie transportu i, które teraz szukają schronienia. Zaaferowane Warzywa postanawiają pomóc swoim krewnym. W tym celu wyruszają na niebezpieczną wyprawę, prosto do niezagospodarowanych grządek. Muszą jednak uważać na zamieszkujących wkoło Wegetarianinów. Czy Lokalnym Warzywom uda się pomóc Zamorskim przyjaciołom? Kim tak naprawdę są tajemniczy przybysze? I czy naprawdę należy się obawiać Wegetarianina?
Najzdrowsze jest to co naturalne i pozbawione chemicznych substancji. Chyba każdy zgodzi sie z podobnym stwierdzeniem. Owa prawda była nam wpajana od najmłodszych lat, tak samo zresztą jak miłość, a przynajmniej tolerancja, warzyw i owoców. Rodzice, dziadkowie, wychowawcy przedszkoli - wszyscy oni, wbrew ogólnemu buntowi przeciw podobnemu zachowaniu - opierali naszą dietą głównie na jarzynach. Ileż było bajek, w których warzywa odgrywały kluczową rolę, ile szkolnych przedstawień! "Na straganie" Pana Brzechwy, Dzień Zdrowej Żywności... A wszystko po to by zachęcić malucha do konsumpcji warzyw i owoców - najlepiej tych prosto ze wsi, a nie ze sklepów, gdyż pozbawione są wszelakiego rodzaju chemicznych substancji. Nawet jeśli wyglądają mniej atrakcyjnie, bez apelacyjnie pozostają zdrowsze.
Po kilku latach buntu i uporczywego odmawianiu obiadu składającego się z marchewki z groszkiem, wpajana prawda wydaje się oczywistością, a wspomnienie własnego zachowanie staje sie po prostu śmieszne. Koło jest jednak błędne i kolejne pokolenie maluchów zachowuje się dokładnie tak samo. Właśnie po to powstają historię taka jak stworzona przez panią Agnieszkę Woldańską-Płocińską. Nie od dziś bowiem wiadomo, że prawda wykładana przez szersze grono ludzi, staje się dla nas łatwiejsza do zaakceptowania, zwłaszcza gdy słyszymy ją z ust osób bliżej nie zainteresowanych sprawą.
"Marchewka z groszkiem" to błyskotliwa, pełna humoru opowieść, kierowana głównie do najmłodszych czytelników. Przede wszystkim mile zaskoczył mnie fakt, że ten pozornie nudny temat, został przedstawiony w tak intrygujący sposób. Maluch z pewnością nie będzie się nudził przy lekturze, zwłaszcza, że ogromnym atutem pozycji pozostają ciekawe ilustracje. Prawda płynąca z fabuły została przedstawiona w sposób łatwy do zrozumienia i niezwykle przejrzysty. Nie małe znaczenie odegrali przy tym zresztą bohaterowie.
Idealnym pomysłem było zestawienie naturalnych warzyw z ich chemicznymi odpowiednikami. Ale dodatkowe użycie wymyślnych, a równocześnie tak prostych imion, sprawiło, że lektura "Marchewki z groszkiem" staje sie czystą przyjemnością. Bo kto nie chciałby poznać losów Los Burakosa, Ogórrasa, Kala de Fiora Elpomidora? Śledząc wolno płynącą fabułę dziecko samo wysuwa pewne wnioski. Podsunięte na początku lektury zalety chemicznych warzyw zacierają się w pamięci, gdy zostają nam przedstawione ich wady.
"Wegetarianin - to osobnik, który nie jada mięsa, ale za to bez skrupołów pożera warzywa"
Kolejną zaletą pozycji stanowią pojawiające się gdzie niegdzie definicje trudniejszych wyrażeń, przedstawione - a jakże by inaczej! - w sposób zabawny i przystępny dla młodszego czytelnika. Jak widać ksiązeczka nie tylko niesie za sobą pewną prawdę, ale i poszerza słownictwo malucha. "Marchewka z groszkiem" to pozycja, która wzbudziła u mnie uśmiech na twarzy. Idealnie nada sie jako wspólna, rodzinna lektura.Zdecydowanie warto.
Egzemplarz otrzymany dzięki wydawnictwu Czerwony Konik i portalowi Sztukater.
Nie otwieraj drzwi Irlandczykom czyli „Niewybrani”
-
Mam wrażenie, że ostatnimi czasy bardzo modne stają się narracje –
serialowe czy dokumentalne,…
Artykuł Nie otwieraj drzwi Irlandczykom czyli „Niewybrani...
POLSKIE HORRORY: 7 książek
-
BEZSENNA ŚRODA, dzień horroru, dzień grozy, dzień opowieści niesamowitych,
tajemniczych, a dzisiaj mój wybór grozy prosto od polskich twórców. „Tam,
dzień ...
Krótkie podsumowanie kwietnia
-
Rozpędził się ten kwiecień tak, że nawet nie wiem kiedy minął :)
Poprzeplatał różne rzeczy - pogodę, emocje i oczywiście książkowe historie.
W kwietniu ...
KAREN RUSSELL „ANTIDOTUM”
-
Jej pierwsza powieść Swamplandia! z 2011 roku przyniosła autorce nominację
do Nagrody Pulitzera oraz inne prestiżowe wyróżnienia, ale na kolejną…
Zapowiedzi maj 2026
-
Pod wodą – To hołd dla ginących oceanów i lasów oraz list miłosny do
znikających…
Artykuł Zapowiedzi maj 2026 pochodzi z serwisu Bardziej Lubię Książki N...
Czy Młodzież Jeszcze Lubi Wyjazdy Na Kolonie?
-
Kolonie i obozy w 2026: miejsce tej formy wypoczynku w świecie nastolatków
W języku nastolatków słowo „kolonie” częściej kojarzy się […]
Artykuł Czy Młod...
Morderstwa w Somerset - Anthony Horowitz
-
*Literatura naśladuje doświadczenia życiowe - trwamy w napięciu, w
dwuznacznych sytuacjach, które przez pół życia staramy się rozwikłać, i
pewnie dopiero...
„Spadek po mojemu” – Mieczysław Gorzka
-
„Spadek po mojemu” to krok Mieczysława Gorzki w kierunku komedii
kryminalnej. I jaki udany! Jeżeli ja, stara „chmielewszczanka”, obczytana
też…
The post...
Do trzech razy szczęście - Krystyna Mirek
-
*Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Harde*
Czy wiosna zostanie już z nami na dłużej? Tak do lata?
Mam ogromną nadzieję, że tak. Dni są coraz dłużs...
„Ja już nie piszę” – rozmowa z Małgorzatą Szejnert
-
Wystarczyłoby napisać, że porozmawiałem z Małgorzatą Szejnert. Reszta to
ozdobniki, bo przecież tę reporterkę znają wszyscy. Na Śląsku wciąż
zaczytujemy ...
Marcin Mortka – 20:32
-
A jeśli apokalipsa nie zacznie się w Londynie, Nowym Jorku, Los Angeles ani
w Szanghaju? Jeśli jej scenerią będzie mała miejscowość pod Poznaniem? A
tymi...
Sarah Freethy, Figurki z Dachau (2025)
-
Figurki z Dachau to jedna z powieści, która trafi do TOP najlepszych
książek tego roku. Czy ostatnio powtarzam często. Tak! Ale co zrobić, gdy
trafia się...
Przegląd Kobiecego Kina #21: filmy wojenne
-
W najnowszym odcinku Przeglądu Kobiecego Kina, czyli cyklu, w którym
opowiadam o filmach kręconych przez kobiety, biorę na warsztat temat, który
na pierw...
Święta z Wytrzeszczem, czyli „Przesilenie zimowe”
-
1 stycznia. Nic nie wskazuje na to, że w pierwszy dzień nowego roku obejrzę
film, który najprawdopodobniej zdeterminuje tegoroczną topkę. A jednak.
Wybra...
Młodość | Linn Skaber, Lisa Aisato
-
Dorośli mówią, że człowiek nie potrzebuje wielu przyjaciół, wystarczy
jeden. Czy ktoś ma numer do tego Jednego?
[image: Młodość - Linn Skaber]
MłodośćAu...
Spowiedź carycy Katarzyny II
-
Caryca Katarzyna II była jedną z bardziej fascynujących władczyń w
historii. Niesamowita charyzma, postępowe podejście i bezkompromisowość to
tylko niekt...
"Wytrwałość dzikich kwiatów" - Micalea Smeltzer
-
Ostatnio zaczytuję się w literaturze pięknej poruszającej trudne tematy,
którą uwielbiam. Natomiast po ostatnich dość ciężkich tygodniach
zapragnęłam zab...
#255 "Book lovers" by Emily Henry
-
Powiedzieć, że uwielbiam książki Emily Henry, to jak powiedzieć nic!
Autorka serwuje nam kolejną, przecudowną, ciepłą, romantyczną historię o
dwojgu l...
O Królowej! #matematyka, Dmytro Kuźmenko
-
Chcesz zachęcić swoje dziecko (w wieku szkolnym) do matematyki? Przełamać
jego opór?Albo wręcz przeciwnie – Twoje dziecko jest tak zajarane matmą, że
chces...
Żywioły Podkarpacia #1 – „Rzeka”
-
Anna Kusiak zadebiutowała w marcu 2021 roku powieścią „Cień Judasza” (w
najbliższym czasie z pewnością skuszę się na jej audiobookową wersję), na
początk...
Świąteczne morderstwo – Ada Moncrieff
-
Mówię Wam jak świetnie się z nią bawiłam! Zaczytywałam się z każdej stronie
i z żywym zainteresowaniem śledziłam postępy prywatnego śledztwa w
posiadłości ...
Książka na Mikołajki
-
Co polecam w tym roku na Mikołajki. Subiektywnie i krótko. Zbigniew Rokita
„Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku” (Wydawnictwo Czarne) To jest książka,
którą po ...
Similique quis a libero enim quod corporis
-
Similique quis a libero enim quod corporis saepe quis. Perspiciatis velit
quae consectetur consequatur eligendi. Omnis officiis quis culpa possimus
exercit...
Turbulencja – Dariusz Kulik
-
Jeśli zastanawiasz się, czy sięgnięcie po tę książkę rozwieje wszystkie
Twoje obawy związane z lataniem samolotem to odpowiedź jest prosta:
otóż…nie. Już...
Badziewne recenzje #168 Zabójcza przyjaźń
-
"Zabójcza przyjaźń" Alice Feeney, Wydawnictwo W.A.BJakiś czas temu czytałam
książkę tej samej autorki pod tytułem „Czasami kłamię” i pamiętam, że
zrobiła ...
„Flying High” Bianca Iosivoni
-
Seria Bianki Iosivoni „Falling Fast” oraz „Flying high” w pewien sposób
reprezentuje książki, których zwykle nie czytam. Tak już jakoś mam, że
rzadko sięga...
Cienie Nowego Orleanu - Maciej Lewandowski
-
Odkąd tylko pamiętam zawsze miałam słabość do mrocznych i dusznych
opowieści, które podczas czytania wręcz metaforycznie oblepiają cię swoim
brudem. Stan...
"Wyścig po Złotego Żołędzia" | Katy Hudson
-
[image: Zdjęcie jest ilustracją do treści.]
Kupiliśmy memo. Z Psim Patrolem. Już się cieszyłam na popołudnie przy
wspólnym stole. Zepchnęłam w ciemny zak...
„Kobieta ze szkła” Caroline Lea
-
Bywa, że do książki przyciąga coś irracjonalnie kuszącego. Dla mnie takim
magnesem bywa daleka Północ, surowy krajobraz, zimne wyspy…
Kristin Hannah – „Zimowy ogród”
-
Mam wrażenie, że Kristin Hannah dopiero przy okazji „Słowika” stała się
popularna w Polsce. Sama byłam przekonana, że to jej pierwsza książka
wydana u nas...
E-BOOK: Nie odpisuj - Marcel Moss
-
O hejcie w Internecie mówi się coraz więcej. To dobrze, warto o nim mówić i
z nim walczyć. Jak tylko w zapowiedziach pojawiła się książka Nie odpisuj,
kie...
Złota trzynastka 2019 roku
-
Do napisania o najlepszych książkach przeczytanych w 2019 roku zabieram się
od początku grudnia. Było to zadanie szalenie trudne - w minionym roku
trafił...
Przeprowadziłam się! Nowy, stary blog
-
Blogger uwierał mnie od dawna, ale przeprowadzki nie planowałam. Jeśli tu
czasem wpadacie, to wiecie, jak ja bloguję. Okazyjnie, z rzadka, zrywami.
Przez t...
Marzenia są po to aby je spełniać
-
Pamiętam czasy aparatów analogowych. Człowiek kupował kliszę, pstrykał
zdjęcia a potem szedł do punktu fotograficznego i z niecierpliwością
oczekiwał na ...