Nigdy nie było mi po drodze z serialami komediowymi.Chociaż teksty rzucane przez postacie rzeczywiście czasami bawią a bohaterom zazwyczaj trudno odmówić uroku, nie potrafię zżyć się z ową historia na tyle by wytrwać cały sezon. Próbowałam z polecanym przez wszystkich "How I Met Your Mother?" ale skończyło się na kilkunastu odcinkach i zdziwieniu o co tyle krzyku. Nie poddałam się jednak w poszukiwaniach i kierując się Waszą opinią włączyłam "New Girl" (bo polski tytuł do mnie nie przemawia i naprawdę nie chce mi przejść przez klawisze). I absolutnie przepadłam.
Jeżeli na naszym rodzimym rynku wydawniczym istnieją jakieś Wielkie nazwiska to z pewnością zalicza się do nich Olga Tokarczuk. Premierą jej najnowszej książki żyło wielu moli książkowych a o tym, że są to fakty a nie jedynie czcze gadaniny miał okazję przekonać się każdy kto odwiedził ostatnie Targi Książek w Krakowie. i przechodził (albo przynajmniej starał się to zrobić) koło stanowiska wydawnictwa Literackiego. Osobiście pozostawałam raczej obojętna na ów fenomen. Wielkie Nazwiska nie zawsze są dla mnie synonimem dobrej lektury i przed sięgnięciem po ogromne tomiszcze jakim bez wątpienia są "Księgi Jakubowe", wolałam wypróbować talent pani Tokarczuk w nieco mniejszej dawce. Traf chciał, ze wypadło akurat na "E.E."
Mimo że lubię próbować nowych rzeczy - zwłaszcza jeśli dotyczy to poznawania nowych smaków, mama dziwną awersję do akceptowania jakiś większych zmian. Przebywanie w znanym miejscu czy też funkcjonowanie zgodnie z narzuconym sobie planem sprawia, że czuję się pewniej w swoim życiu (co dla kogoś również nieśmiałego jak ja zdecydowanie odgrywa znaczącą rolę) Przy całym moim uwielbieniu dla stabilności i niezmienności, potrafię jednak zdobyć się na szczerość względem samej siebie - zmiany są potrzebne bo jak wszyscy wiemy człowiek, który stoi w miejscu, tak naprawdę się cofa. I owe zmiany są potrzebne również na blogu.
Nauczyłam się z czasem, że nie da się zaszufladkować autora w jednym gatunku. Pisarze lubią eksperymentować, wybierając coraz to nowsze i jednocześnie bardziej zaskakujące kierunku - przeskakując z powieści obyczajowej do kryminału, z kryminału do sci-fi a stamtąd choćby do pisanej komedii romantycznej... Tego czego nie potrafiłam zaakceptować to fakt , że podobną wędrówkę po gatunkach mogą obrać także autorzy, których identyfikuję z ulubionymi opowieściami z czasów dzieciństwa. I chyba dlatego nie sięgnęłam nigdy po żadne dzieło Tove Jansson, które nie byłoby powiązane ze światem Muminków. Ale może to i lepiej bo bym wcześniej doceniła dojrzałe pióro autorki.