Odnoszę wrażenie, że w internetowym świecie Książkoholików - czy to blogosferze, czy booktubie czy wreszcie bookstagramie, postać Harlana Cobena jest dobrze znana. Nawet jeśli ktoś sam nie zaczytuje się w jego twórczości wie przynajmniej w jakim gatunku tworzy. Sama miałam kilkakrotnie okazję zagłębić się w powieściach Cobena - zarówno w historiach zamkniętych w jednym tomie, jak i tych dotyczących najpopularniejszego bohatera wykreowanego przez autora - Myrona, ale z trylogią o nastoletnim Mickeyu Bolitarze jakoś nie było nam po drodze. A przynajmniej do momentu, w którym ukazało się wznowienie pierwszego tomu, czyli właśnie „Schronienie”.
Tak naprawdę nie wiem dlaczego tak bardzo zależało mi na lekturze „450 stron”. Kiedy myślę o tym teraz, nie zetknęłam się w rzeczywistości ze zbyt dużą ilością opinii na temat tego tytułu, a te które czytałam pozostawały raczej średnio optymistyczne. Musiało zatem chodzić o sam opis fabuły - obietnica wątku związanego z plagiatem i zbrodniami do złudzenia przypominającymi te z powieści musiała być dla mnie na tyle zachęcająca, że nawet przeszło rok po premierze „450 stron”, wciąż miałam ów tytuł w pamięci. Szkoda tylko, że nie do końca tego i oczekiwałam.
Nicholas Sparks był dawniej, prawdopodobnie w czasach mojego gimnazjum, jednym z tych autorów, po którego powieści sięgałam często, skrupulatnie zapoznając się z niemal całą jego twórczością. Co więcej, to chyba jedyny pisarz płci męskiej, którego książki wówczas czytałam. Rozumiecie więc, że pomimo tego że z czasem zaczęłam dostrzegać pewną wtórność w jego historiach, darzę je ogromnym sentymentem. I trochę z tego sentymentu, a trochę przekonania, że Nicholas Sparks ma unikalny sposób na opowiadanie miłosnych historii, sięgnęłam po najnowszą powieść jego autorstwa, „We dwoje” właśnie.

W październiku rozpoczęłam całkiem nowe studia - po trzech latach spędzonych na zgłębianiu prawa własności intelektualnej, byłam niejako zmuszona do tego żeby nieco się przekwalifikować i tak trafiłam na Zarządzanie kulturą. Trochę za wcześnie żeby stawiać wyrok czy była to słuszna decyzja, ale też i nie moje studia są tematem dzisiejszego posta (który tematem zaskoczył nawet mnie samą). Wspomniałam o nich jedynie dlatego, że w trakcie jednego z pierwszych wykładów usłyszałam coś co nie co mnie rozbawiło. Tłumacząc zawiłości prawa autorskiego studentom, pani profesor rzuciła mimochodem, że grudzień to najlepszy moment na wydanie powieści. Ha! Toż to każdy książkoholik wie, że okres przedświąteczny jest raczej sezonem ogórkowym na rynku wydawniczym (no, z drobnym wyjątkiem na pakiety, które, jak wiemy, idealnie sprawdzają się w formie prezentu pod choinką), a prawdziwe zatrzęsienie premier odbywa się w okolicach Krakowskich Targów Książki, a więc październiku, ewentualnie listopadzie (wiecie, wówczas wydawcy mogą zachęcić ludzi przedpremierowymi egzemplarzami).
Szanse na to, że nie słyszeliście o powieściach Brandona Sandersona są raczej niewielkie. Zagraniczny booktube swego czasu rozpływał się w zachwytach nad twórczością tego pana, a i polskie grono Książkoholików dorzuciło swoją cegiełkę po tym jak wydawnictwo MAG zdecydowało się na wznowienia. „Z mgły zrodzony” przeleżał jednak kilka miesięcy na mojej półce zanim faktycznie zdecydowałam się na lekturę. Byłam absolutnie przerażona monumentalnymi gabarytami tego tomiszcza jak i rozmachem fantastycznego świata wykreowanego przez Sandersona i przez pewien okres czasu musiałam przekonywać samą siebie, że warto sprawdzić fenomen autora na własnej skórze zamiast pokładać wiarę w opiniach innych. A teraz chciałabym przekonać do tego Was.
Twórczość duetu Małgorzaty i Michała Kuźmińskich została mi przedstawiona przez społeczność polskich bookstagramowiczów. To właśnie na Instagramie po raz pierwszy rzuciła mi się w oczy okładka „Ślebody” razem z adnotacją, że to jedno z kryminalnych odkryć na naszym rynku wydawniczym. Byłam kupiona - kryminał i thriller to gatunki, w których wciąż, bez końca, poszukuję nowych inspiracji - i kiedy podczas letnich wyprzedaży znalazłam przeceniony egzemplarz, nie wahałam się długo. Czy jestem zadowolona z lektury? Prawdę powiedziawszy ciężko mi to jednoznacznie stwierdzić.