Luty był dobrym miesiącem. Tak dobrym jak tylko potrafi być miesiąc niemal całkowicie wolny od szkolnych studenckich obowiązków. W lutym czytałam, oglądałam filmy (czy to w domowym zaciszu czy też z przyjaciółmi w kinie) i dawałam się ponieść swojemu serialowemu uzależnieniu - słowem, robiłam wszystko to na co brakowało mi czasu w trakcie sesyjnego zawirowania. I bawiłam się znakomicie.
Luty stał się również miesiącem podejmowania decyzji co poskutkowało tym, że reaktywowałam drugiego bloga - ogólno-kulturalnego. Nie wiem czy wśród Was jest wiele pasjonatów seriali i filmów, ale jeśli tak będzie mi miło jeśli zawitacie również na
karolinakulturalnie.blogspot.com. Zwłaszcza, że możecie się tam już zapoznać z pierwszą recenzją niezwykle ciepłego serialu idealnego na te ostatnie zimowo-nie-zimowe wieczory - Chasing life. Tymczasem, jak co miesiąc, zapraszam Was na krótkie podsumowanie lutowych wyników.
Wśród trylogii młodzieżowych panuje dziwna skłonność do raczej słabego w stosunku do pozostałych drugiego tomu - zupełnie jakby autorzy mieli pomysł na wstęp, posiadali w głowie jakiś koncept jak zakończyć ową historię, ale nie mieli pojęcia co zrobić ze środkiem - ile mogą już zdradzić, a ile zachować na wielki finał. Z doświadczenia nie nastawiam się więc na coś niezwykłego, nawet jeśli, tak jak w przypadku "Mary Dyer. Tajemnica", pierwszy tom wywarł na mnie ogromne wrażenie. Zdarzają się jednak wypadki, w których wszelkie obawy okazują się bezpodstawne - Michelle Hodkin udowadnia, że kontynuacja nie tylko może sprostać oczekiwaniom, lecz jest w stanie je również przekroczyć.
Mara traci całkowitą kontrolę nad swoim życiem. Jeszcze do niedawna wydawało jej się, że brak zrozumienia i panowania nad własnymi zdolnościami to najgorsze co może jej się przydarzyć - myliła się. Teraz, kiedy Mara wie, że Jude wcale nie zginął w ruinach szpitala psychiatrycznego, jest gotowa na wszystko by obronić swoich bliskich. Nie jest to jednak wcale takie proste, zwłaszcza kiedy nikt nie wierzy w jej słowa, a rodzina zmusza ją do udziału w specjalistycznej terapii w Horyzontach. Mara może liczyć tylko na siebie i Noaha. Podczas gdy pozornie biernie poddaje się leczeniu, w rzeczywistości razem z chłopakiem prowadzi śledztwo na temat własnych zdolności. Mara musi udowodnić, innym i samej sobie, że wcale nie zwariowała. Zanim będzie za późno.
Luty to miesiąc miłości i dużo tej miłości można było dostrzec również na blogosferze - wszelakiego rodzaju rankingi odnośnie ulubionych par, przystojni bohaterowie o gorących serduchach (czego doświadczyliście także na Złodziejce książek). Lutowe linki miesiące mogłyby obrosnąć w posty o podobnej tematyce starałam się jednak nieco je urozmaicić, żeby osoby zmęczone tematem nie poczuły się niepotrzebnie przytłoczone. Liczę na to, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Jako że ostatnio poczułam niepokojącą potrzebę pisania w nadmiarze o serialach a nie chcę by posty im poświęcone przeważyły nad tymi o książkach, osoby zainteresowane zapraszam na
karolinakulturalnie.blogspot.com, Z tego co zdążyłam zauważyć nie tylko ja cierpię na nieuleczalny serialoholizm, a tam znajdziecie niedługo sporą porcję recenzji (dzisiaj w późniejszych godzinach pierwsza ;) ), rankingów i tego typu postów; kiedy już się przemogę pojawią się również tematy filmowe i muzyczne, ale to w przyszłości. I nie martwcie się - Złodziejka książek wciąż pozostaje priorytetem.
Jednak nie przedłużając zapraszam Was na przegląd ciekawych linków miesiąca.
Powieści młodzieżowe, za granicą zwane po prostu Young Adult, wykazują często dziwną, nie do końca dla mnie zrozumiałą tendencję do spłycania życia współczesnych nastolatków. Wypychają na pierwszy plan miłosne problemy bohaterów - zupełnie jakby to właśnie miłość znajdowała się w centrum ich życia - a pozostałe targające ich rozterki spychają na dalszy tor, niejednokrotnie zupełnie je pomijając. Nauczony doświadczeniem czytelnik, który wyrósł już z lat szczenięcej młodości, często zupełnie porzuca świat młodzieńczej literatury. A szkoda bo wśród wszystkich tych uroczych, ale jednak odrobinę naiwnych i podobnych do siebie historii można również natrafić na tytuły warte uwagi czytelnika, bez względu na jego wiek. I to właśnie takich pozycji należy debiutancka powieść Carol Rifki Brunt - "Powiedz wilkom, że jestem w domu".
June jest inna od dziewczynek w swoim wieku. To marzycielka zakochana w czasach średniowiecza (ubrana niezmiennie w ulubione botki i długie spódnice - w tej kolejności), która zamiast rzeczywiście spędzać czas z innymi ludźmi, woli się im przypatrywać. Jedyną osobą, która wydaje się rozumieć June jest jej najlepszy przyjaciel i ojciec chrzestny - Finn. Tyle że po długoletniej walce z AIDS Finn umiera i teraz June naprawdę zostaje zupełnie sama. Co gorsza, ma wrażenie, że nikt - ani zapracowani rodzice, ani starsza siostra - nie wydaje się tęsknić za jego bliskością i że wszyscy ruszyli już dalej ze swoim życiem. I właśnie wówczas w otoczeniu June pojawia się ktoś nowy - Toby. Toby, który ponoć był najbliższym przyjacielem Finna i który naprawdę rozumie stratę dziewczynki. Toby, którego wszyscy nienawidzą i obwiniają za za śmierć wujka. June jest rozdarta. Wie, że nie powinna utrzymywać z nim kontaktu, ale równocześnie ma wrażenie, że tylko on ją rozumie i że, w jakimś stopniu, malutkim stanowi on cząstkę Finna...

Wiecie, że uwielbiam seriale, mam wrażenie, że wspominam o tym tak często, że jest to pierwsza rzecz jaka kojarzy się Wam z moją osobą. Prawdopodobnie domyśliliście się również, że wykazuję tendencje do notorycznego poszukiwania coraz to nowszych produkcji, które mogłyby na dłużej przykuć moją uwagę (Pamiętacie trzy reguły - 1) - ciekawa, niebanalna fabuła; 2) przystojni bohaterowie i 3) rozwój wydarzeń, który łamie mi serce na miliony kawałeczków). To czego nie wiecie to fakt, że równocześnie z poszukiwaniem nowych tytułów dokonuje selekcji wśród tych obecnie oglądanych.
Jeśli chodzi o seriale jestem chyba nieco bardziej wymagająca niż przy książkach. Stosunkowo łatwo przychodzi mi porzucenie produkcji, czy to na chwilę czy to na stałe. Czasami nawet nie chodzi o to, że dany tytuł zaczyna mnie nużyc, po prostu przestaję go uwielbiać. Właśnie dlatego lista porzuconych seriali zmienia się u mnie jak w kalejdoskopie, z dnia na dzień. I choć nie upieram się że nigdy do tych tytułów nie wrócę (z drobną motywacją zrobiłabym to z przyjemnością), na dzień dzisiejszy owa lista prezentuje się następująco.