W tym roku kolejne upływające miesiące powodują we mnie lekki niepokój i dlatego - chociaż z niecierpliwością, jak każdy ciepłolubny człowiek, wyczekiwałam wiosny - trochę żałuje, że marzec dobiegł już końca. Nie lubię zmian, a tymczasem w 2017 roku są one dla mnie nieuniknione. Pod koniec czerwca (a przynajmniej taki jest plan!) czeka mnie obrona licencjatu i potem trzeba będzie podjąć kolejne trudne decyzje dotyczące przyszłości. Tak jak podejrzewałam, prace nad licencjatem niekoniecznie wpłynęły na moje czytelnicze tempo. Przy tak niewielkiej liczbie zajęć łatwo znaleźć czas zarówno na pisanie, lekturę jak i wypady do kina, czego dowody znajdziecie poniżej.
Powieść Andy’ego Jonesa swego czasu często przewijała mi się przed oczami - czy to za sprawą blogerów książkowych czy naszych rodzimych booktuberów. Sama byłam wówczas na etapie pochłaniania thrillerów i kryminałów, i wyglądająca na lekką, a nawet zabawną powieść obyczajową pozycja nie zachęcała mnie szczególnie do lektury. W końcu jednak trafiła w moje ręce i postanowiłam dać Andy’emu Jonesowi szansę. Zostałam już wtedy ostrzeżona, że historia ma raczej słodko-gorzki wydźwięk, ale to tylko zachęciło mnie do dalszej lektury. Umknęła mi natomiast informacja co pozostaje jednym z głównych motywów powieści.
Jeżeli chodzi o twórczość pani Krystyny Mirek, przymierzałam się do niej już od jakiegoś czasu. Nasłuchałam się opinii, że jej powieści to takie lekkie i ciepłe historie, w których można odnaleźć skrawki codziennego życia, a że od czasu do czasu lubię w takie opowieści się zagłębić, starałam się mieć pozycje autorki na uwadze. Swego czasu, o ile się nie mylę podczas Warszawskich Targów Książki, zakupiłam nawet jeden z jej tytułów do swojej biblioteczki, ale jakoś nie było nam jeszcze po drodze. Traf chciał, że pierwsza powieść pani Krystyny Mirek jaką przeczytałam była równocześnie jej najnowszą pozycją - „Tajemnica zamku”. I chyba był to dobry wybór, bo zachęcił mnie do tego by pogłębić naszą literacką znajomość.
Biorąc pod uwagę fakt, że Colleen Hoover stanowi jedną z moich ulubionych autorek New Adult, a „November 9” znalazło się na liście najbardziej przeze wyczekiwanych premier drugiej połowy 2016 roku, sama jestem zdziwiona jak dużo czasu zajęło mi sięgnięcie po ów tytuł. Prawdopodobnie zadziałały kontrowersje wokół tej pozycji i większa niż dotychczas liczba negatywnych opinii (zwłaszcza za granicą). W końcu jednak sięgnęłam po „November 9”, starając się wyzbyć wszelkich uprzedzeń - i chociaż zaczynam dostrzegać co przeszkadza czytelnikom w twórczości Colleen Hoover, nie mogę powiedzieć żebym była rozczarowana lekturą.
W 2017 roku wzięłam sobie za punkt honoru bycie bardziej krytyczną w stosunku do przeczytanych książek w kwestii wystawiania im ocen. Przyglądając się swoim opiniom na portalu Goodreads z poprzedniego roku i lat jeszcze wcześniejszych, ze zgrozą odkryłam, że zdarzało mi się postawić cztery, a niekiedy nawet pięć gwiazdek pozycji, która mi się podobała, ale której miałam sporo do zarzucenia i nie chciałam powielić tego błędu w 2017. Jak to ze mną bywa, popadłam w tym jednak odrobinę w przesadę. Pozycja 5 gwiazdkowa urosła do poziomu Świętego Graala i od grudnia do lutego nie oceniłam w ten sposób żadnej z przeczytanych powieści (spokojnie, pracuję nad tym by znaleźć jakąś równowagę. Książek idealnych po prostu nie ma). Nie oznacza to jednak, że żaden z przeczytanych przeze mnie w tym okresie tytułów nie zasługuje na jakieś wyróżnienie. Zdarzało mi się natrafić na powieści dobre a nawet bardzo dobre i właśnie dzisiaj chciałam poświęcić im krótką chwilę.